Pierwsze dni w Boliwii
Jesteśmy w Boliwii juz od kilku dni i powoli przyzwyczajamy się do tego kraju (zawsze zajmuje to trochę czasu, zeby zadomowic sie w nowym miejscu). Przemieściliśmy się z jednego z najbogatszych do jednego z najbiedniejszych państw na kontynencie i różnice są od razu widoczne. Zakurzone polne drogi, drewniane chałupy i bezpańskie psy biegające dookola są powszechnym widokiem w Boliwii. Jest tez o wiele bardziej oczywiste niż w Brazylii lub Argentynie, że jesteśmy cudzoziemcami - ludzie są wyraźnie zaciekawieni nami, często zbliżaja się do nas zeby uciac pogawędkę, lub po prostu sie gapia. Wydaje się też, ze niewiele jest tu ustalonych cen, więc trzeba negocjować lub targować się co do wielu rzeczy, w tym ceny pokoju lub biletów autobusowych i starac sie nie dajc za bardzo nabic w butelke (bo trzeba po prostu zaakceptować ze troche zostaniesz nabity).

Pogoda była dość słaba w czasie naszych pierwszych paru dni tutaj (nadzwyczaj zimno) i jako ze nie natknelismy się na nic bardzo ciekawego, przemiscilismy sie szybko z granicy przez największe miasto w Boliwii, Santa Cruz, do tropikalnej północy w Amazonii, gdzie spędziliśmy dwie noce w miasteczku Trinidad. Tam, spedziliśmy całkiem miło czas po prostu relaksujac sie, ponieważ nie było tam wiele do roboty, więc skończyło się na oglądaniu meczów Ligi Mistrzów na żywo (Wojtek), oraz nadrabianiu zaleglosci z wiadomości z całego świata i serii CSI (Julita). Spróbowaliśmy kilku lokalnych specjałów, takich jak saltenas (rodzaj ciasta podobnego do tego, co w innych krajach nazywają empanadas), i napoj ze sfermentowanej kukurydzy o nazwie chicha (który tradycyjnie był produkowany przez stare kobiety żujace kukurydze w ustach – mamy nadzieję, że nie wspolczesnie…). Spędziliśmy również kilka godzin oglądając dwa leniwce w samym środku placu miejskiego, mimo, że ma to być bardzo rzadkie zwierze nawet w dżungli
I tak po zbyt wielu godzinach w autobusie, jazdy przez niezwykle zakurzone polne drogi, przekraczaniu rzeki na zaimprowizowanej barce i spędzeniu ostatnich kilku godzin w zatłoczonym samochodzie w ośiem osób, w tym z jednym gosciem wiozącym telewizor na kolanach, dotarliśmy do miasta o niewymawialnej nazwie Rurrenabaque (miłosiernie skracanej do Rurre). Tutaj, spedzilismy bardzo milo czaso z dwojka Brytyjczyków ktorych spotkaliśmy po drodze, Lucy i Joshem, jak również zorganizowalismy sobie wycieczkę do dżungli, gdzie mamy zamiar spędzić następne trzy dni - i zdamy relacje po powrocie! Tymczasem, mozecie obejrzeć kilka zdjęć z naszych pierwszych dni w Boliwii.






Odpowiedz na „wojtek_t” Anuluj pisanie odpowiedzi